28 stycznia 2016

Rozdział pierwszy; "Nigdy nie zapomnę tego dnia"

~Ewa~
Ta czerń jest straszna... Widzę tylko ją i moją rękę... Całą czerwoną, zakrwawioną rękę, a obok żyletka z kroplami krwi na brzegach. Czy ja znowu to zrobiłam? Znowu chciałam się okaleczyć, skończyć już z moim życiem, tak jak kiedyś? Znowu? Na szczęście to już koniec. Koniec moich wszystkich zmartwień, ta czerń to już koniec. Koniec wszystkiego. I wtedy zjawia się ta idealna dwójka. Czy tak wyglądają anioły? Jeden klęczy przy mnie wołając moje imię, prosząc żebym otworzyła oczy, a drugi chodzi nerwowo w kółko i rozmawia z kimś przez telefon. Opisuje wszystko co się tu stało, że chyba jeszcze żyję, podaje adres i sam się przedstawia: Charlie Lenehan. Rozłącza się i podbiega do mnie, ciągle szepcząc: "Księżniczko, pomoc już jedzie, wszystko będzie dobrze". Czy to może być prawda? Czy to Leo i Charlie? Moi idole? Czy to naprawdę oni? Tak doskonale ich znam, tak bardzo ich kocham, tak bardzo kocham ich muzykę. Dwoje moich idoli, teraz, przy mnie. Czerń. Teraz widzę już tylko czerń. Coraz bardziej czarną czerń...

Otworzyłam oczy. Nie jestem pewna, czy to był sen, dla pewności podskoczyłam z łóżka i popatrzyłam na swoje ręce. Nic. Na szczęście nic. Nic sobie nie zrobiłam. Tylko kilka starych ran sprzed kilku miesięcy.
-Hej Księżniczko, już wstałaś. Jak się czujesz? Charlie! Chodź tu, obudziła się już!- słyszałam czyjś głos za plecami. Odwróciłam się. To on. To on! Siedział na krześle obok mojego łóżka. Nie mogę w to uwierzyć! To on! Nie wiem jak bardzo dziwną minę musiałam zrobić na jego widok, ale chyba wyglądałam zabawnie, bo brunet zaczął się śmiać,
-L-Leo?- wydusiłam z siebie zdziwiona i przytuliłam chłopaka.
-Ej, jeszcze ja, ze mną się nie przywitasz?- usłyszałam głos blondyna wchodzącego do sali szpitalnej. Podszedł i sam mnie przytulił.
-Ale... jak wy tu? Co wy... dlaczego?- zapytałam. Jestem coraz bardziej zdziwiona. Nadal nie mogę uwierzyć, że oni, moi idole są tu przy mnie.
-Spokojnie, już wszystko dobrze.-uśmiechnął się niebieskooki.- Poczekaj tu chwilę, pójdziemy tylko powiedzieć lekarzowi, że już nie śpisz. Jak wrócimy to wszystko ci wyjaśnimy. Albo nie, Leo, ty z nią zostań, a ja sam to załatwię-dodał i wyszedł.
Ja nadal leżałam na łóżku. Patrzyłam się w sufit. Potem mój wzrok przyciągnęła zwykła, biała ściana, a następnie podłoga. Biała. Pościel, koc, firanki, lampa, szafka- wszystko białe. Nawet ja byłam ubrana w jakąś białą bluzkę.
Teraz spojrzałam na bruneta. Nadal siedział przy mnie, także ubrany w jakiś biały płaszcz. On też patrzył na mnie. Nie odzywaliśmy się do siebie. Cisza... Przerwał ją blondyn wchodzący do sali z jakimś mężczyzną. Oboje także byli ubrani w białe stroje.
-Widzi pan doktor? Mówiłem, że już dobrze.
Lekarz podszedł do mnie, popatrzył, zmierzył temperaturę, popytał jak się czuję. Wyjął notatnik i zaczął coś w nim zapisywać. Teraz nikt nie odważył się przerwać ciszy. Znowu patrzyłam na sufit. Kątem oka widziałam jak doktor wyrwał dwie kartki ze swojego zeszytu, powiedział coś szeptem do chłopców i wyszedł delikatnie zamykając drzwi.
Po chwili moi idole stali już przy moim łóżku,
-Emm.. Tu masz wypis i receptę. Możemy cię odprowadzić?- spytał niepewnie brunet.
Już chciałam powiedzieć, że nie trzeba, ale Charlie był szybszy:
-Leo, głupku! Jasne, że ją odprowadzimy, przecież nie pozwolimy wracać jej samej!
-Ej, ale ja sobie sama poradzę!- odburknęłam, wstałam i złapałam za klamkę drzwi w celu wyjścia.
-A nie przebierzesz się?-zapytał brunet trzymając w ręku moje ubrania. Podeszłam do niego i z uśmiechem zabrałam swoje ubrania i skierowałam się w stronę łazienki żeby się przebrać.
Nie zdziwiłam się, że była ona cała biała. Zmieniłam odzież i wyszłam z ubikacji.
Chłopcy o czymś rozmawiali, ale gdy mnie zobaczyli przerwali i Leo zabrał moją torbę.

-To gdzie mieszkasz?- zapytał Charlie gdy opuściliśmy budynek.
-Ymm, w zasadzie to tu niedaleko, sama dam sobie radę-odpowiedziałam.
-Ale może my chcemy cię odprowadzić?-wtrącił się Leo.
-No okej, ale to w tamtą stronę.- pokazałam palcem przeciwny kierunek do tego, w którym szliśmy, więc się zawróciliśmy.- A możecie mi w końcu wyjaśnić co robiłam w szpitalu? I przede wszystkim robiliście tam WY!- spojrzałam w kierunku chłopców.
-Ej,patrzcie; apteka! Chodźcie, kupimy lekarstwa, które przepisał ci lekarz!- powiedział i zniknął w drzwiach budynku Charlie. Chyba nie było dane usłyszeć mi jeszcze wytłumaczeń.
-Ej, nie! Wykluczone! Nie mam akurat przy sobie pieniędzy!- krzyczałam, by blondyn to usłyszał.
-Chodź no! Kupimy ci te leki!- powiedział z uśmiechem Leo, złapał za rękę i pociągnął do apteki. Chyba się trochę spóźniliśmy, bo chłopak już płacił.
Znów wyszliśmy na podwórko.
-To wytłumaczy mi w końcu któryś z was to wszystko!?- zapytałam trochę wkurzona.
-Tak, jasne. To chodź, usiądziemy sobie na tej ławce w parku.-oznajmił brunet.
-A więc słucham.- powiedziałam z uśmiechem, gdy już zajęliśmy miejsca. Spojrzałam w kierunku idoli.
-No to to było tak, że byliśmy wszyscy na M&G no i została ostatnia dziewczyna-ty. I już ustawialiśmy się do wspólnego zdjęcia, gdy nagle zasłabłaś. Tak znaleźliśmy się w szpitalu, a co potem to już wiesz.-opowiedział mi wszystko blondyn,
-Czekaj czekaj... Byłam na M&G?- zdziwiłam się.
-Matko! Nie pamiętasz nic?-spanikował Charlie.-Dobrze się czujesz? Ile widzisz palców?- spytał przestraszony i wyciągnął dłoń w moim kierunku.
-Trzy palce.- odpowiedziałam powstrzymując się od śmiechu, a chłopak odetchnął z ulgą.-Chodziło mi raczej o to,- opuściłam jego rękę i położyłam ją na ławce- że zawsze po M&G jest koncert.
Te ich miny- bezcenne. Widać było, że są przerażeni. Powoli spojrzeli na siebie, potem na mnie i z powrotem na siebie. Ich oczy mówiły same za siebie. Patrzyli na mnie z miną "dziękujemy". Szybko sprawdzili godzinę; Charlie na zegarku na jego ręce, a Leo na swoim telefonie. Obaj teatralnie złapali się za serce i odetchnęli z ulgą, a ja zaczęłam się z nich śmiać.
-Ej, no co? Z czego się śmiejesz?- zapytał oburzony blondyn.
-Z was! Hahaha, wyglądaliście na takich przestraszonych i wszystko robiliście idealnie w tym samym czasie. Hahaha, synchronizacja!-wybuchnęłam jeszcze większym śmiechem, a chłopcy zaraz do mnie dołączyli.
Gdy już się ogarnęliśmy zapytałam:
-To ile macie czasu, że jeszcze tu stoicie?
-23 minuty.- odpowiedzieli w tym samym momencie, co znowu wywołało u mnie śmiech.
-Myślałam, że zawsze od razu po M&G są koncerty.
-No bo zawsze tak było, ale dziś jest jakaś zmiana, nawet nie wiem dlaczego.-odpowiedział na moje pytanie brunet.
-Aha. To nie powinniście już iść?-zapytałam.
-Nie. Musimy jeszcze cię odprowadź,-odparł zadowolony Leo.
-Nie trzeba. To już tutaj.-wskazałam na najbliższy dom.
-No okej, to dasz radę sama dojść?
-Tak, nie musicie się tak martwić.-odpowiedziałam z uśmiechem.- Dziękuję za dzisiaj, że zostaliście ze mną w szpitalu i odprowadziliście. Miło było poznać swoich idoli, ale już się chyba nie zobaczymy.-powiedziałam zgodnie z prawdą trochę zasmucona.
-Nie ma sprawy, nam także było miło ciebie poznać. Ale nie mów, że się więcej nie spotkamy. Jutro przy tej ławce o 13, okej?-zapytał brunet.
-Ty tak na serio?- przymrużyłam oczy i zmierzyłam go wzrokiem.
-Jak najbardziej.-skomentował zadowolony.-To jak?
-No okej.- odpowiedziałam z wielkim bananem na twarzy.
-Dobra, my zmykamy na koncert. Do jutra,
-Do jutra, miłego występu.-dodałam i patrzyłam na oddalających się chłopców.-Yyym, Leo!- zawołałam, a oboje odwrócili się w moją stronę.-Nie chcę nic mówić, ale może oddałbyś mi moją torebkę?
Brunet popatrzył na swoją rękę, w której wciąż trzymał moją listonoszkę. Zaśmiał się i podbiegł do mnie i oddał mi moją własność oraz siatkę z lekarstwami.
-Do zobaczenia.- szepnął mocno mnie przytulając i całując delikatnie w policzek i znów pobiegł za swoim przyjacielem.

Weszłam do mojego domu. Jak zwykle nikogo nie było. Aktualnie moja rodzina była na wycieczce na drugim końcu kraju.
Nalałam sobie soku jabłkowego do szklanki i powolnym krokiem udałam się do mojego pokoju na drugim piętrze uważając, by napój się nie rozlał.
Postawiłam go na biurku, a sama położyłam się na moim ogromnym, wygodnym łóżku i postanowiłam zadzwonić do mojej przyjaciółki Susan.
Właściwie to Zuzia, ale nie lubi swojego imienia i każe zwracać się do siebie angielskim odpowiednikiem. Ja już się przyzwyczaiłam, żeby nazywać ją Susan.
-Halo?- usłyszałam w słuchawce zaspany głos.
-No nie mów kochana, że jeszcze spałaś...
-Okej, nie mówię, sama zaczęłaś! Ty już po koncercie?- zapytała zdziwiona.
-No właśnie nie poszłam na koncert...
-Co zrobiłaś?- Susan bardzo mi zazdrościła, że miałam bilet, sama też jest BaMbino.
-Właśnie w tej sprawie dzwonię. Przyjdź szybko, czekam!- rozłączyłam się.
Postanowiłam, że jeszcze trochę ogarnę przed jej przyjściem. Sprzątnęłam i przygotowałam nam przekąski, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi i szybko pobiegłam je otworzyć.
-Hej Ewa! Stało się coś? Dlaczego nie jesteś na koncercie? Po co mnie tu ściągnęłaś? Jak nie masz nic ważnego do powiedzenia to chyba cię uduszę, musiałam przez ciebie wstać.-powiedziała poważnym głosem.
-Nie udusisz mnie, bo za bardzo by ci mnie brakowało.- odpowiedziałam z uśmiechem- Dobra, zdejmuj buty i chodź na górę, muszę ci wszystko powiedzieć!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej, to moje pierwsze fanfiction, mam nadzieję, że się wam podoba.
Jest trochę krótkie, ale się starałam :)
Napiszcie co sądzicie o tym rozdziale oraz o okładce do tego bloga, którą właściwie nie wiem po co zrobiłam ;'D (macie ją na dole).
Jeśli chodzi o nowe rozdziały, to będę dodawała w miarę możliwości (czyt. jak siostra pozwoli skorzystać mi z komputera hahaha).
Mam już napisane kilka następnych rozdziałów, ale jak już mówiłam- nie zależy to ode mnie, kiedy one się pojawią :D
Oki doki, do zobaczenia, mam nadzieję do jutra/pojutrze. xx ♥♥♥




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz